Dragons Rozdział 7

Równy, marszowy krok Hogura zaprowadził nas krętym korytarzem wprost do głównej sali. Tak mi przynajmniej wydawało patrząc na ogromne rzeźbione drzwi, które wraz z naszym przybyciem, otwarły się. Hog machnął delikatnie ręką, po czym weszliśmy do środka. Wszyscy stanęliśmy wokół ogromnego stołu. Hogur zatrzasnął za nami skrzypiące drzwi. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie byłem w tej sali. Pokój wyciągnięty niczym sala tronowa Królewskiej Przystani z powieści „Gra o tron” wydawał się być dużo większy niż cały budynek z zewnątrz. Przerażająca, zimna oraz wypełniona rządzą władzy sala przyprawiła mnie o dreszcze. Hogur zajął ostatnie miejsce obok stołu i przemierzył wzrokiem nas wszystkich.
-Wiedzą, że tu jesteś. – spojrzał na mnie. -Nie zawahają się ani chwili dłużej, aby zaatakować nasze bariery. Musisz wyruszyć jeszcze dziś.
-Pójde z nim – stanowczy ton Carell poniósł się niczym echo po sali.
-Nie, to zbyt niebezpieczne. Idę sam.
-Nie możesz. Zabiją cie w ułamku sekundy. Issac, to wojownik oraz mentor, Sonja, to medyczka i potężna czarownica, chodź jeszcze o tym nie wie. Carell jest znacznie silniejsza niż cała wasza czwórka, a Jonathan… to Jonathan!
-Ej!
-Potrzebujesz ich wszystkich. Nie mamy już czasu myśleć, czy inne plany się powiodą. Wojna właśnie się zaczęła. Musisz czym szybciej znaleźć te mapę.
Zapadła cisza.
-Co z Jamesem?
-Już nie możemy liczyć na kogoś z zewnątrz. On cie tu przyprowadził, ale nie zamierzał dalej iść z tobą. Uciekł! Przygotujcie się, niebawem wyruszacie.
Kiedy wszyscy wyszli chwycił mnie za ramie. – przykro mi Damonie z jego powodu. W jego interesie nigdy nie leżała bezwarunkowa pomoc. Nawet, kiedy jego brat …. – spojrzał mi w oczy, po czym bez słowa wyszedł przede mną.
Na dworze panował istny chaos. Ledwo przecisnąłem się na plaże, ale, kiedy tylko zobaczyłem mój mały dom, poczułem ulgę. Przed wejściem stał Jonathan z plecakiem w ręce. Jego mina przypominała czujnego kota.
-Stary co tak długo? – zaczął.
-Hogur chciał ze mną pomówić. Gdzie pozostali?
-Spotkamy się przy zachodniej bramie.
-A, gdzie to jest ?
-Za jeziorem, mam nadzieje, że masz łódkę?
-Jasne, lepiej się pospieszmy.
Pakowałem do plecaka tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Bluzę,koszulkę, dziennik,jedzenie , latarkę.
-Pospiesz się, wiesz ze dla Kryspina, to najodpowiedniejszy moment, aby skopać ci dupę.
-Już prawie.
Przez przypadek medalion mojej matki zerwał się z mojej szyji i spadł na ziemie. Kiedy nachyliłem się, aby go podnieść, zauważyłem drobną szczelinę w podłodze, w której coś zamigotało.
-Damon!
-Cicho, pomóż mi. -Próbowałem zerwać jeden panel, ale siedział zbyt głęboko. Jonathan podał mi pręt, którym podważyłem Dziurę. Zaskoczyło. Po chwili wyciągnąłem kilka listów oraz rulon związany pierścieniem w kształcie smoka oraz inicjałem „B”. -Blackwhell!
-Możemy już iść. Chyba ktoś tu zmierza.
Wrzuciłem papiery do plecaka i pobiegliśmy w strone pomostu, do którego zamocowana była mała łódka.
Jonathan chwycił za wiosła i nawet nie wiem, kiedy, byliśmy już na środku jeziora. Wyciągnąłem z plecaka zwinięty papier i zsunąłem pierścień nakładając go na palec. Kiedy rozwinąłem kartkę, była pusta.
-Co tam pisze ?
-Nic. Jest pusta.
-Nie sadze, aby jej jedynym zadaniem było dbanie o to, aby pierścień był idealnie okrągły. Musi tam coś być.
-Ale nic nie ma – pokazałem mu kartkę po, czy znowu wsunąłem ja do plecaka.
Zapadła cisza.
Tak naprawdę nigdy nie zastanawiałem się nad tym co jest po drogiej stronie jeziora. Z domu moich rodziców, w zasadzie teraz już z mojego niewiele było widać. Tylko dzicz, ciągnąca się niewiadomo do dokąd. Niekończący się teren pełen niebezpiecznych zakamarków. Z bliska drzewa wyglądały jeszcze gorzej. Jakby były zainfekowane. Ich zieleń była znacznie intensywniejsza i ciemniejsza niż normalnie, a liście można, by rzec utrzymywały się na cieniutkich białych nitkach. Pajęczynach.
Dobijając do brzegu zauważyłem małe światełko w puszczy. Kiedy schowaliśmy łódź podążyliśmy za nim. Mknęliśmy po miedzy drzewami nie zdając sobie sprawy z tego jak daleko już jesteśmy od wybrzeża. Kiedy się zatrzymałem ktoś przyciągnął mnie do drzewa.
-Tęskniłeś? – usta Carell rozchyliły się, po czym spoczęły na moich.
-Nawet nie wiesz jak bardzo. -pocałowałem ją mocniej.
-Ludzie musimy ruszać. Jesteśmy w Świetlistej puszczy. Tu ie jest bezpiecznie. – wtrącił Issac trzymiając w reku latarkę. -Ruszamy!
Podążyliśmy za nim, ścieżką, która miała poprowadzić nas w jeszcze większe niebezpieczeństwo.
Maszerowaliśmy kilka godzin. Miałem nawet wrażenie ze przechodzę obok tego samego drzewa jakiś 5 raz.
-Musimy się zatrzymać. -zaproponowałem nawet nie czekając na odpowiedz usiadłem pod drzewem.
-Nie możemy. Jesteśmy jeszcze za blisko. Przed nami jeszcze wiele godzin marszu. Dopiero, wtedy będziemy mogli się zatrzymać i przenocować.
-Daj spokój Issac. Nie widzisz, że oni są już wykończeni.
-Dadzą sobie rade. Tutaj jesteśmy łakomym kąskiem dla ludzi Seatha.
-Okey już wstaje. – oznajmiłem, po czym znowu podążyłem resztkami sił za Issaciem
Droga zdawała się nie mieć końca. Sonja szła opierając część swojego
ciała na Jonathanie. Zresztą on tez ledwo się trzymał.
-Issac! Musimy się zatrzymać.
-Dobra rozbijemy tutaj obóz. Jonathan przynieś suche drzewo, Damon, Car wy sprawdźcie teren.
Sonja została z Issaciem a reszta rozdzieliła się w mgnieniu oka zostawiając za sobą jedynie cisze.
-Jak myślisz, Seath już za nami podąża? – zapytałem ale byłem świadom odpowiedzi.
-Tak sądzę. Zresztą w ostatnim czasie zrobiłeś się bardzo popularny.
Zapadła cisza.
-Wystarczyłoby odpowiedzieć tak!
-To nic wielkiego. Codziennie przechodzimy przez kłopoty i wychodzimy z tego cało. Do tego już zostaliśmy stworzeni. – jej ręce spoczęły na mojej szyi. -Przejdziemy przez to razem.
-Wiem. Dlatego nie chciałem abyś szła razem ze mną. Nie pozwolę aby cokolwiek ci się stało.
-Hey, potrafie o siebie zadbać. Bardziej martwiłabym się o ciebie. Musisz nauczyć się kontrolować twoją moc.
Zaśmiałem się.
-Próbowałem. Nie mogę.
-Owszem, mozesz. – Carell rozejzała sie. -W sumie to no wiesz.. Jesteśmy poza granicami obozu…- jej ręce zaczęły błądzić po moich rozczochranych włosach. -Więc może chciałbyś trochę poćwiczyć. – jej usta przybliżyły się do moich, ale się nie stykały. Czekały na sygnał. Na atak który pozwoliłby im się zamknąć. Więc pocałowałem ją! Potem oddałem kolejne, na szyi, dekolcie.
-To co z tym treningiem?
-Własnie go zaczęliśmy.
Carell uśmiechnęła się pokazując swoje śnieżnobiałe ząbki. To wlanie w tym uśmiechu zobaczyłem ją po raz pierwszy. Była przeszczęśliwa ale także pewna zwycięstwa kiedy pokonała swoich towarzyszy w treningu. Odsunąłem się aby przyjrzeć mu się z daleka. Spojrzałem na jej pełne rozchylone usta czekające na więcej, jej zgrabne policzki, które zadrżały z powodu nagłego odepchnięcia oraz cudne oczy, które skrywały więcej tajemnic niż się może zdawać. Próbowałem odczytać z nich co czuje Carell, ale ilekroć to robiłem zatracałem się w nich. Jej wzrok skupił się na mnie.
-Co się stało?
-Uświadomiłem sobie że…
-Że co?- jej głos stal się kruchy jak lód.
-Że cie kocham!
Jej oczy lekko rozbłysły.
-Ja…
Glos w oddali okrzyknął nasze imiona.
-Pewnie powinniśmy wracać- zaproponowała Carell.
-Dobra, ale wrócimy jeszcze do tego tematu.
-Koniecznie. -jej bliskość nagle zgasła i przerodziła się w pragnienie, którego właśnie nie mogłem otrzymać. Musiałem jej opanować.
Kiedy wróciliśmy do obozu ognisko było już rozpalone. Sonja opierała głowę na nogach Jonatchana. I kiedy tylko zniknęliśmy zasnęła a Issac przygotował jakieś jedzenie.
-Czysto żadnych sługusów Seatha.
-Niestety Jonathan nie wziął namiotów wiec będziemy spali pod gołym niebem. – zaaprobował Issac.
-Zapomniałem przecież każdemu może się zdarzyć.
-Stary, wiemy. -poklepałem go po ramieniu.
-Prześpijcie się, ja biorę pierwsza warte. – zaproponował Issac.
Kiedy zniknął w ciemnościach położyłem się niedaleko płomienia a głowa Carell spoczęła na moim ramieniu. Jej usta przybliżyły się do mojego ucha szepcząc słodkie słowa które pozwoliły mi szybciej zamknąć oczy.
Kiedy się przebudziłem Carell była odwrócona w drugą strone. Bezszelestnie wstałem i powędrowałem za śladami Issaca. Chłopak siedział na pobliskich skałach, patrząc wzrokiem przyczajonego tygrysa. Jego wzrok był skupiony na każdym, nawet najmniejszym ruchu. Kiedy się zbliżyłem nawet bez odwracania wiedział ze to ja.
-Nie potrafisz spać?
-Właściwie chciałem cie zamienić. Jak długo…?
-3 godziny. Zostały nam jeszcze 4.
-Więc możesz iść. Też potrzebujesz snu.
-Dobra, ale usłyszę tylko jeden twój sygnał i jestem na nogach.
-Załatwione.
Jego cień zdążył tylko przemknąć obok mnie i znowu stałem oko w oko z dziką, nocną przyrodą. Zająłem jego miejsce, robiąc dokładnie to samo co on. Ciemność zapanowała moim umysłem. Czym dłużej się w nią wpatrywałem, ogarniała mnie i przyciągała coraz bardziej. Nagle ktoś dotknął mojego ramienia a ja gwałtwonie odskoczyłem.

 

Dragons Rozdział 6

Miałem ochotę utopić się w jeziorze, ale zwykły alkohol musiał wystarczyć. Kiedy tylko przeszliśmy przez krąg, Carell gdzieś zniknęła, zostawiając mnie na pastwę Kryspina i całej jego bandy, która właśnie obserwowała moje poczynania. Jonathan siedział ze stadem Settha i kiedy tylko zorientował się, że wróciłem zawołał mnie do siebie.
- Damonie, to jest Setth. I jest alfą tego stada. – wytłumaczył Johnathan.
- Miło w końcu poznać naszego zbawce oraz od dziś wroga samego Kryspina.- Setth spojrzał na niego, jak na cyrkowca. Z rozbawieniem. – Chyle czoła stary, dałeś mu dzisiaj popalić. – wstał, po czym podał mi swoją dłoń w braterskim stylu.
- Dzięki, ale chyba na nic mi się to zdało. – wzrokiem próbowałem odnaleźć Carell. Na próżno! już zdąrzyła zniknąć mi z oczu.
Po chwili dołączył do kręgu także Hogur oraz nowy mentor. Na ich widok wszyscy umilkli.
- Czas rozpocząć Płomienie Wspomnień! – wykrzyknął Hogur na co wszyscy odparli okrzykiem. Przypominał on okrzyk indian. Howgh!!!
Kiedy wszyscy zasiedli przy ognisku protegowany z leśnej przystani zabrał głos.
- Jak co roku rozpoczniemy od wspomnień – zaczął, po czym podszedł do głównego ogniska i wsypał coś do środka. Kilka sekund później z płomieni zaczęły strzelać złoto czerwone strzały, które przemieniły się w obraz. Były niesamowite. W ogniu zaczęły pojawiać sie postacie, miejsca istoty. Wszystko co w świecie przyziemnych wydawałoby się niemożliwe, ja właśnie miałem jak na tacy przed sobą. Kiedy chciałem przyjrzeć się bliżej ktoś trącił mnie po ramieniu. Gwałtownie odwróciłem wzrok. Jonathan stał za mną cały blady.
- Dobrze się czujesz?
- Nie za bardzo. – ledwo stał na nogach. Podtrzymałem go i odtransportowałem w miejsce z dala od tego zgiełku.
- Przepraszam te płomienie… zawsze tak na mnie działają. – przetarł czoło ręką.
- Co, to W ogóle było?
- To były płomienie wspomnień. Jak co roku przyjeżdżają tutaj i pokazują nam historie, które dotyczyły naszego sojuszu oraz innych ras. Dla ciebie mógł to być niesamowicie piękny obraz, ale dla niektórych jest on przerażający.
- Dlaczego?
- W przeciwieństwie do ciebie ja widziałem tam tylko śmierć i ciemność.
Jego twarz znowu przybrała różowy kolor. Odetchnąłem z ulgą.
- Chcesz tam wrócić, czy mam cie odprowadzić ?
- Nie potrzebuje nadopiekuńczej matki. Sam sobie poradze. Już mi nic nie jest! jutro wyruszamy porozmawiam jeszcze z Hogurem. Za, to ty powinieneś odpocząć. Kto wie, czy już jutro nie będziemy potrzebować twoich mocy. – zaśmiał się, po czym wstał i oddalił się. Też nie miałem ochoty tam wracać. Dopiero w drodze do mojej kwatery zorientowałem się, ze jest już dobrze po północy. Na niebie świeciły gwiazdy, a Księżyc odbijając się w tafli wody, oświetlał mi drogę. Odgłosy dochodzące z kręgu były… naprawdę dzikie! Nie chciałem nawet się odwracać. Kiedy zbliżyłem się do mojego domu, jak na pstryknięcie palcami, wszystkie wiszące pochodnie zapaliły się w jednej chwili. Już miałem przejść przez drzwi, gdy poczułem dziwny podmuch za plecami. Jak tylko się odwróciłem, nikogo nie zobaczyłem wiec znowu okręciłem się na pięcie i zrobiłem kolejny krok do przodu, ale i tym razem usłyszałem za sobą kroki. Gwałtownie zawróciłem wyciągając rękę, aby przeszkodzić atak ze strony napastnika. Jednak kocie ruchy przeciwnika okazały się znacznie szybsze. Drobna postura przywarła mnie do ogromnego pnia.
- Carell!
- Tęskniłeś? – pocałowała mnie, gwałtownie i bardzo namiętnie. – Musze przyznać sądziłam, że szybciej postanowisz wrócić. – pocałowała mnie znowu. I znowu. Każdy jej następny pocałunek był inny od poprzedniego. Jeden był czuły inny głęboki, spontaniczny albo romantyczny. Delikatnie objąłem jej talie. Bez przerywania pocałunków podniosłem ją, po czym Carell oplotła swoje nogi na moich plecach. W tej chwili wydała mi się taka lekka. Posadziłem ją na komodzie po chwili słysząc tłukące się szkło. Spojrzeliśmy na ziemie. Kawałki szklanego wazonu leżały na połowie podłogi.
- Mam nadzieje, że ten… -zaczęła Carell
- I tak go nie lubiłem. – Carell znowu znalazła się na moich rękach. W drodze do sypialni, wiele razy natrafiłem na elementy szkła, ale w tej chwili, to nie było dla mnie takie ważne. W tej chwili liczyła się tylko ona! Tylko Carell, cała moja! Bez zastanowienia zerwałem z niej ten kombinezon wodząc palcami po nagiej skórze. Położyłem ją na łóżku w samej bieliźnie, po czym podniosłem się na nogi i zdjąłem także czarny uniform oraz resztę mojego ubioru. Znowu znalazłem się na niej. Przywarłem ją swoim ciężarem, ale jak widać nie przeszkadzało jej to, więc nie przestałem jej pieścić. Jednym ruchem odpiąłem zapięcie stanika, na co Carell gwałtownie nabrała powietrza. Znieruchomiałem! Może posunąłem się za daleko?
Kiedy się odsunąłem Carell popatrzyła na mnie zmieszana, ale po chwili użyła swojej magicznej siły, aby znowu usidlić mnie w swoich ramionach. Ponownie zacząłem ją całować, a ona lekko przygryzła moja dolną wargę. Posunęliśmy się już tak daleko nie chciałbym, aby coś nam teraz przeszkodziło. Kiedy zdjąłem z niej ostatnią partie ubrań nie dzieliło nas już nic prócz rozgrzanej skóry. Spojrzeliśmy na siebie, po czym Carell uśmiechnęła się i pokiwała głową na znak, że jest gotowa. Mimo że była nieśmiertelną istotą, która nie odczuwa bólu, chciałem być delikatny. Splotłem nasze palce, rozciągając swoje ręce na poduszkach. Oddałem jej jak dotąd najdłuższy i najczulszy pocałunek, po czym zrobiłem to! Połączyłem się z nią w jedność. Carell cicho jęknęła, więc spojrzałem na nią nieco przestraszony, ale ona tylko zacisnęła swoje palce bardziej. Oparłem swoje łokcie na materacu, aby wyregulować ciężar ciała, ale nawet na chwile nie rozplotłem naszych palców. Mój oddech zaczął drżeć, na co Carell przyjrzała mi się badająco:
- Wszystko w porządku ?
- Nie! Nic nie jest w porządku, ale właśnie teraz zdałem sobie z czegoś sprawę. – jej wzrok stał się przenikliwy, próbowała zrozumieć co mam na myśli. – zrozumiałem jak bardzo cie kocham. Kocham cie Carell! – objąłem rękami jej głowę i złożyłem na jej czole troskliwy pocałunek.
Kiedy chciała coś do tego dodać nie pozwoliłem jej. Całowałem ją dalej. Od teraz nasze delikatne pocałunki stały się bardziej gorące, namiętne i gwałtowne, a ciała poruszające się tym samym ruchem przyspieszyły. Przywieraliśmy do siebie coraz mocniej aż do ostatniej chwili. obniżyłem swoje pocałunki na jej szyje, dekolt, obojczyk i piersi. Była naprawdę piękna. Jej ciało przypominało boginie. świętość o którą trzeba było walczyć. Tuż przed finałem Carell przejęła inicjatywę. To ona wylądowała na górze, a ja musiałem zadowolić się dołem. Położyła swoje rozgrzane dłonie na moich ramionach i zaczęła mnie całować. Jej podniecające muskanie zjeżdżało coraz niżej. Od szyi aż po prawie sam dół, po czym jej wargi s powrotem wrócił do moich. Carell znowu przygryzła moja wargę. Tym razem nieco mocniej. Jej oddech stawał się coraz bardziej niezaspokojony aż wreszcie ucichł, a Carell znalazła się obok mnie. Jej głowa opadła na moją klatkę piersiową przypominając nasłuchowanie bicia serca.
Carell leżała na mnie kilka godzin. oboje spoglądaliśmy w sufit. znowu był zaczarowany.
- Czy, to są prawdziwe gwiazdy?
- Tak. Jak sądzę moi rodzice uwielbiali naturę nawet do tego stopnia ze wpuścili ją do środka.
- Zawsze zastanawiałam się, gdzie znajduje się mała niedźwiedzica.
- Jest tam – wskazałem ręką. – James powiedział mi ze na niebie znajduje się także gwiazdozbiór smoka. kiedy jakiś smok umiera, gwiazdozbiór się powiększa.
- Hmmm. ciekawa teoria. Ciekawe, czy jakiś wampir tez się tam znajduje. – Carell zaśmiała się, po czym zapadła niezręczna cisza.
- Car! ile masz lat?
- Nietypowe pytanie jak na pierwszy seks. – oznajmiła, po czym dodała – 1600
- Yhhymmm wiesz moim rodzicom mogłoby się to niespodobać.
- Myślę, że by to jakoś zrozumieli. Twoja mama mnie lubiła.
Gwałtownie zaczerpnąłem powietrza i spojrzałem na nią z determinacją.
- Znałaś ją.
- Oczywiście. Byłyśmy jak siostry.
Znowu zapadła cisza.
- Jaka ona była?
Naprawdę chciałbym znać odpowiedź, ale nawet nie wiem, kiedy odpłynąłem
- Dzień dobry – jej głos był taki troskliwy.
Kiedy zatrzepotałem powiekami za uwarzyłem ze Carell siedzi na fotelu. Ubrana w samą koszule. Moja koszule! Wyglądała jeszcze bardziej seksownie niż w jakiej kolwiek sukni wieczorowej.
- Długo nie śpisz?
- Nigdy nie spałam, a nie mogłam sobie darować widoku śpiącego smoka. – uśmiechnęła się, po czym wskoczyła na łóżko i pocałowała mnie. Tym razem jej długi i powolny całus oznaczał, że mnie kocha i mi bezgranicznie ufa.
- Zapomniałam ci coś powiedzieć. – położyła głowę na moim ramieniu.
- Mianowicie? – musnąłem jej włosy.
- Że cie kocham!
- Tak. Car muszę co coś powiedzieć… – niedokończyłem, gdyż rozległ się alarm.
- Co się dzieje?
- Nie mam pojęcia nikt nie bił w ten dzwon od… ubieraj się. Szybko!
Kilka minut później staliśmy już przed głównym budynkiem Hogura razem z innymi mieszkańcami tego miejsca.
- Dziś próbowano zaatakować nasz obóz. Proszę abyście nie wychodzili po za granice Az do wyjaśnienia tej sprawy. na chwile obecną proszę do siebie Carell, Jonathana, Sonje, Issaca i Damona – jego wzrok zatrzymam się na mnie. – Resztę proszę o oddalenie się do swoich kwater. Spojrzałem na Carell, a ona na mnie. Nie miałem pojęcia, o co chodziło, ale na pewno nie wróżyło to nic dobrego. Moje sumienie podpowiadało mi, że idziemy na pewną śmierć

Dragons Rozdział 5

Uczucie pewności siebie nie opuściło mnie nawet na krok. W domu miałem ochotę rzucać wszystkim, co wpadłoby w moje ręce. Przepełniała mnie zazdrość, pragnienie oraz satysfakcja, że wyznałem to przy wszystkich. Nawet przy Carell. A jej mina była nieoceniona. Po raz pierwszy zobaczyłem u niej taki wyraz twarzy. czy naprawde nie zoriętowała się jakie są moje prawdziwe zamiary?
Po krótkim, jednak czasie usłyszałem bicie bębnów oraz śpiewy. Były dziwne, a zarazem uspokajające i piękne. Nigdy takich nie słyszałem. Wychodziły z wielu ust, jednak łączyły się tylko w jeden śpiew. Niczym anielskie głosy spadające z nieba. Kiedy spojrzałem na obozowisko, wszystkie pochodnie zapalały się jedna po drugiej tworząc ogromny krąg, który mieścił wszystkich mieszkańców tego miejsca. Mieli na sobie ceremonialne kombinezony, które były wykonane z brązowych, bordowych oraz szarych skór. Widziałem takie stroje może raz. Na codzień nosili je tylko Kryspin oraz Carell. Hogur też miał taki, ale jego wykonanie było znacznie bardziej ozdobne, jakby od razu miał dawać do zrozumienia że jego użytkownik jest o dwa stopnie wyższy od nas. Oznaczało to że w świecie ludzkim byłby wysokim majorem a my zwyczajnymi żołnierzami. Przy pasie zawsze towarzyszyła im jakaś broń. Łuk, miecz, kusza czy nawet zwykły kij. Ale zobaczyłem tam także ludzi w innych strojach. Od razu przykuli moją uwagę. Ich stroje były inne od naszych. Przypominały zbroje, a właściciele uzbrojeni w piękne złote łuki, roztaczali wokół siebie aurę tajemniczości oraz wprowadzali w nasz świat magiczną jasność, która harmonizowała się z naszą mrocznością i seksownością. Wyglądali bajkowo, przez co pomyślałem że zostali wprost wyciągnięci z trylogii Tolkiena. Przed wejściem wyczułem zapach Jonathana. Niczym las sosnowy wdarł się do moich nozdrzy. Z każdym kolejnym dniem, kiedy z nim przebywałem, wyczówałem jego nadejście. Jednak zapach Carell był najbardziej intensywny. Oczywiście, nie w złym znaczeniu tego słowa, wręcz przeciwnie. Zapamiętałem go najdokładniej podczas pierwszego spotkania. Woń lawendy doskonale ją odzwierciedlała, ale brakowało jakby czegoś jeszcze. Składnika, który był mi bardzo bliski, ale pod żadnym pozorem nie mogłem go sobie przypomnieć. Jonathan ubrany jedynie w brązowo skórzany strój wyjściowy przestepował z nogi na nogę udając ze jest mu zimno lub po prostu nie potrafiąc powstrzymać wewnętrznych emocji, próbował dać mi do zrozumienia, że mam się ruszyć. Na fotelu obok łóżka leżał wyjściowy strój. Podobny do tego, który miał na sobie Jonathan oraz inni. Z tym wyjątkiem, że ten był całkowiecie czarny. Głęboka czerń od, której nie potrafiłem oderwać wzroku zaślepiła mnie. Kiedy go założyłem pasował znakomicie. Kombinezon został dopasowany idealnie jakby znali mój rozmiar. Ramiona były odcięte, przez co mieśnie zostały wyeksponowane, a tatuaż uwydatniony. Na ramieniu złotą nicią wyszyto inicjały „N.B”
- Nathaniel Blackwhell! – wymamrotałem pod nosem.
Strój należał do mojego ojca. Zabawne, że nosiliśmy takie same rozmiary. Rozmierzwiłem włosy nadając im idealnego nieładu, który był wprost bezcenny dla mojego całokształtu. Po raz ostatni spojrzałem do lustra, po czym Jonathan nie mogąc już wytrzymać zawołał mnie.
- Już idę. – nalożyłem amulet od Jamesa i wyszedłem.
- Naprawdę jesteś gorszy niż przyziemni.
- A kim oni są? – zapytałem jakbym zjadł cały swój rozum, po czym Jonathan spojrzał n a mnie z lekkim niedowierzaniem.
- Przyziemni, podziemni, nadziemni… nic ci to nie mówi? – jego wzrok zawisł na moim
- Niestety nie. Przepraszam, że nie jestem dobry w te wasze rzeczy, ale na moje usprawiedliwienie jestem tutaj dopiero kilka dni, a jak ty już wspomniałeś ty jesteś tutaj 5 lat.
- Przyziemni, to ludzie mieszkajacy w zasadzie wszędzie. To, na przykład twoja dawna ciocia.
- Czyli masz na myśli ludzi?
- Tak ! Podziemni, to istoty zazwyczaj mroczne, bez serca dbające tylko o siebie.- ciągnął dalej Jonathan.
- A co z nadziemnymi?
- To anioły. No wiesz takie ze skrzydłami. Albo raczej posłańcy. – oznajmił, po czym zrobił rozkapryszona minę, ale nie przestał mówić dalej. – Należą do nich także herosi oraz wszyscy synowi i córki bogów. Jak, na przykład Kryspin, ale nie sadze, aby to był dobry przykład.
- Więc, do której grupy ja się nadaje?
- W tym seng. Nikt tego nie wie! Jest wiele tez na ten temat. Każdy mówi inaczej, ale według mnie należysz do nadziemnym, ponieważ twoim celem w życiu jest coś więcej niż używanie swojej magii wyłącznie do celów własnych. Zostałeś stworzony na dobro oraz pomoc innym, ale zalega się w tobie także zło, którego nikt nie zna, ale każdy zdaje sobie sprawę jak twoje brzemię musi być ciężkie. Są tutaj także tacy, którzy nie wierzą w te legendy i sądzą, że to oni są wybrańcami.
- Kryspin?
- Na ogół jest opanowany i pomocny, ale, jeśli chodzi o wieksza stawkę zawsze bierze ja dla siebie. Sadzi ze jest niepokonany, ponieważ jego ojcem jest Ares. Syn wojny. Owszem, jest silny, ale jak większość ma słaby punkt.
- Czemu jak większość?
- Bo jest jeden wyjątek, którego nikt nie potrafi pojąc ani przewidzieć jego zamiarów. On jest po prostu jak bestia. Zbiera się w nim potężna moc, ale nikt, nawet on sam nie wiem, kiedy owa potęga z niego wyleci. Jest jak tykająca bomba. Kiedyś na pewno wybuchnie.
- Niech zgadnę. Mówisz właśnie o mnie
Uśmiechnął się, po czym przeszedł granice kręgu wchodząc w okrąg – W rzeczy samej. – dodał, po czym tłum spojrzał na nas jak na wielkich bohaterów. W oczach dziwnych przybuszów także zabłysło coś czego nie potrafiłem opisać. Jakby podziw, ale tez pogarda którą starali się ukryć.
- Cześć chłopcy. Jak podoba wam się przyjęcie. Nad wszystkim nadzorowałam przybyli także uczniowie z leśnej równiny. I muszę przyznać jestem pod wrażeniem. Oni są tacy wysportowani. – Daje słowo, że zobaczyłem ślinę na ustach Sonji.
- Każdy może tak wyglądać – podirytowany ton Jonathana sprawiał ze chciało mi się śmiać. Sonja trąciła go wzrokiem.
- To dlaczego ty tak nie wyglądasz?
- Gdybym chciał wyglądałbym dużo lepiej niż te elfickie zmory.
- Uważaj na słowa. Często bywają kuszące oraz jadowite. – wtrąciła się Carell wychodząc zza drzewa. Trzymała w ręku diw otwarte butelki. Jedną zaproponowała mi. – Zwłaszcza uczniowie równiny cenią sobie dumę oraz tradycję. Uwierz mi, nie chciałbyś jej naruszyć. Więc świerzaku postawiłeś się Kryspinowi. Imponujące zwłaszcza, jeśli nie odważył się na to nikt przed tobą. Twoje moce naprawdę szybko się rozwijają. – spojrzała mi prosto w oczy. W jej brązowych oczach zobaczyłem samego siebie. Odbicie, które sprawiało, że zobaczyłem siebie idealnego, silnego i dumnego z tego kim jestem i co mogę sobą oferować.
- Z tego co pamiętam byłaś zajęta treningiem.
- Z tego co wiesz jestem wampirem i mam podzielność uwagi. – podeszła kilka kroków bliżej tak, że nasze ciała czuły swoją bliskość, ale brakowało kilku cali, aby zaczęły się stykać. – To mnie zaimponowałeś – jej ton nieco opadł. Wydawał się kruchy, ale serdeczny. – Śmiało zrób, to o czym myślisz. – oznajmiła odchodząc. Mimo to, co jakiś czas przez ramie sekretnie na mnie spoglądała. W głowie ciągle miałem ją. Ogarnęła cały mój umyśl. Wyobrażałem sobie nas leżących gdzieś samotnie. Zakochanych, całujących się. Nie mam pojęcia, czy to uczucie było prawdziwe, czy po prostu fikcyjnym obrazem wysłanym do mojego umysłu przez moce Carell, ale cholernie, jej pragnąłem. Wydawała się być wszystkim czego potrzebuje. Pragnąłem być z nią jednym umysłem i ciałem jakby powstała miedzy nami nie rozerwalna więź silniejsza niż cokolwiek, czy ktokolwiek. Kiedy chciałem do niej podejść, aby obdarować ja czymś za co u Kryspina mógłbym przypłacić nawet życiem uczniowie równiny podnieśli się i stanęli w równych rzędach prezentując przed nami ich dumę oraz posłuszeństwo wobec ich opiekuna, który ku naszemu zdziwieniu pojawił się z znikąd. Był dosyć niskiego wzrostu. Ciemny, starszy męczyzna przypominający dozorce w jednym z nowojorskich muzeów. Jego ubrania były ciemne, ale szczegóły były takie same jak na mundurach jego podopiecznych. Kiedy zabrał głos jego całokształt legł w gruzach. Mocny, gniewny ton wypowiedział moje imię.
- Doszły mnie słuchy, że nareszcie odnaleźliśmy naszego przywódce. Damonie Blackwhell nie ukrywaj się. – zaczął się rozglądać zresztą jak wszyscy. Każdy szukał mnie! Ci, którzy mieszkali w obozie byli nieco zakłopotani. Zrobiłem krok do przodu tak, że stałem na przecie wielkiego mistrza Leśnej równiny.
- Czego chcesz? – warknąłem niezadowolony
- zupełnie jak ojciec. Widze, że oczy masz po matce. Isobell była wyjątkową istotą. Była najpiękniejszą kobieta jaka świat kiedykolwiek widział. Współczuje ci straty.
- Nawet ich nie znałem.
- Dlatego współczuje jeszcze bardziej. Wychowany przez przyziemnych nic nie wartych ludzi, którzy myślą, że są w centrum wszystkiego. Twój tatuaż jest już prawie w pełni ukształtowany. – spojrzał na moje ramie
- Czy to źle?
- Skąd ! Wręcz przeciwnie. To on obdarowuje cie potęgą którą władasz lub władać będziesz. To on pozwoli ci kontrolować, to wielkie brzemię jakie na ciebie spadło. Jesteś naszym przywódcą. Naszym królem. – ukłonił się nisko, po czym jego uczniowie oddali mi pokłon co było dla mnie obłędnym szaleństwem. Mimo wszystko nie potrafiłem pojąć o jakim brzemieniu każdy wokół mnie mówi. Każdy rozmawiając o mojej przyszłości dostarczał mi smutku i bólu w sposobie przedstawiania mojego celu a ja tak naprawdę nie mogłem pojąć jak wielką cenę muszę oddać za sławę, którą wszyscy we mnie widzą. Czego jeszcze nie powiedział mi James przed wyjazdem? Coraz bardziej zaczęła mi doskwierać tęsknota. A pytanie, które ciągle mi się nasuwało, to : czy James ma jeszcze zamiar wrócić? Z całego tego wiru przemyśleń obudził mnie widok Kryspina pewnie kroczącego w stronę Carell. Jego zamiary były jednoznaczne. Podbić królestwo przed innym wrogiem. Niestety, mój drogi rywal nie przewidział zasadzki ze strony przeciwnika. Nie czekając ani chwili dłużej powędrowałem pewny siebie szlakiem, który miał poprowadzić mnie wprost w ramiona mojej luby. Niezwracając uwagi na publiczność, która bacznie obserwowała moje ruchy zawołałem jedyne imię, które nasuwało mi się na język. – Carell!
Kiedy się odwróciła nie zdawała sobie sprawy co zaraz nastąpi. Jej wyraz twarzy był zdziwiony, a zarazem uwodzicielski, przez co moje serce zaczęło bić szybciej, a całe ciało ogarnął paniczny dreszcz. – Teraz albo nigdy ! – Powtarzałem sobie w głowie.
Carell nie zdążyła się do końca odwrócić, kiedy chwyciłem jej głowę delikatnie rękami i… pocałowałem ją. Długo i czule, na co jej twarz nieco się zarumieniła. Kiedy odchyliła głowę, aby odetchnąć spojrzała na mnie, po czym przycisnęła swoje wargi do moich jeszcze bardziej. Przeniosłem ręce na jej szczupłą talie, po czym uśmiechnęła się.
- Zdajesz sobie sprawę, że wszyscy na nas patrzą?
- Aż za dobrze. – spojrzałem na Kryspina. Na pozór opanowany, ale jego oczy zdradziły, że w środku aż płonie z zazdrości. Carell nigdy nie pozwoliła nikomu podejść do niej bliżej niż na pół metra. Groziło to śmiercią, ale jak widać ktoś musiał się odważyć. Carell bez wahania pociągnęła mnie za sobą.
- Nieźle to rozegrałeś. Teraz Kryspin będzie chciał się ciebie pozbyć
- Nie grałem. I nie pozbędzie się mnie tak szybko – uśmiechnąłem się, po czym całym swoim ciałem przywarłem ją do drzewa całując po szyi, dekolcie oraz ustach, które pachniały czekoladą.
- Uwielbiam czekoladę – nie wiem dlaczego, ale moje myśli przelały się na słowa.
- To nie jest czekolada tylko krew. – odparła, na co gwałtownie odchyliłem głowę i na twarzy Carell dostrzegłem rozbawienie. – Żartuje.
- O …- pocałowałem ją natrętniej jakby niewidzialny klej połączył nasze wargi nie pozwalająć im się rozłączyć.
Carell odepchnęła mnie.
- Wracajmy. Wszyscy na pewno myślą, że uprawiamy seks.
- A czy to źle?
Carell spojrzała na mnie z lekkim niedowierzaniem
- Widać że to twój pierwszy raz. Chodź i zapomnij o tym.
Jej słowa były niczym zatruta strzała trafiona wprost w moje serce. „zapomnij o tym” jak mogla to powiedzieć. Wiec ona naprawdę grała, a ja wyszedłem na totalnego idiotę, który wyznał miłość przy wszystkich, którzy uważali go za bohatera. Bez słowa, ale z duszą rozdartą poszedłem za nią jak na stracenie ku piekielnym płomieniom kręgu

Dragons Rozdział 4

Zobaczyłem Carell. Biegła wprost na mnie rozchylając swoje ramiona chcąc znaleźć się w moim objęciu.
- Wiedziałam, że się uda i będziemy razem. – Pocałowała mnie, po czym, kiedy na nią spojrzałem wyglądała jak martwa. Wtedy usłyszałem niższy głos męski.
- twoja potęga nie jest aż taka wielka. Chce twoją moc. – syczał
Nagle przeniosłem się do miejsca zwanego salar de uyuni w Boliwii. Widziałem to miejsce na lekcji geografii kilka tygodni temu oraz przez to, że często pojawiało się w moich snach. Tylko nie wiedziałem dlaczego. Według tamtejszej kultury jest to bardzo magiczne i święte miejsce, bo narodziła się tam sama magia, w ciele dziecka. W oddali ujrzałem masę unoszącą się w wodzie. Kiedy przyjrzałem się nieco lepiej zobaczyłem, że to ciało Carell podbiegłem do niej w mgnieniu oka, ale była już martwa. Probowałem ją ratować, ale było już za późno.
- czujesz się samotny, opuszczony ? – glos w mojej głowie nie dawał mi spokoju – tylko daj mi swą moc synu smoka. Daj ! Dawaj. Dawaj złodzieju, to nie twoje. Dawaj ! – obsesyjnie wydzierał się starając się wywrzeć na mnie jakiegoś rodzaju presje.
Nie mogłem już tego znieść. Chciałem się jak najszybciej obudzić, ale nie mogłem. Kiedy myślałem, że wszystko stracone, a jedyną ucieczką jest oddanie mojej mocy doznałem nadziei. Nagle usłyszałem głos Carell.
- podążaj za moim głosem. Jestem prawdziwa! Wyprowadzę cie tylko słuchaj mojego głosu.
Kiedy głos był na tyle głośny, że sadziłem ze spotkam ją za rogiem nastała ciemność.
Zatrzepotałem kilka razy rzęsami czując ich ogromną ciężkość.
- nareszcie, myśleliśmy że znowu przemieniasz się w smoka.
- jak długo spałem ?
- kilka godzin. Chcieliśmy wezwać Jamesa, ale zniknął.
- jak to zniknął – próbowałem się podnieść, ale uczucie pękającej czaszki nie pomagało.
- opuścił nasz świat. Chyba stwierdził, że … – niedokończył Jonathan
- że jego zadanie skończyło się na przyprowadzeniu cię tutaj. – dokończył Hogur wchodząc do środka. Tuż za nim szła Carell
- dobrze cie znów widzieć śpiąca królewno.
Zapadła cisza.
- dlaczego cię słyszałem ?
- Carell jest wampirem. Potrafi połączyć się z każdym umysłem.
- z wszystkimi prócz ciebie. Jesteś naprawdę ciężkim okazem.
- widziałaś to, co ja ?
- nie wszystko. Tylko ostatnią część.
- słyszałem jakieś imię. Głos ciągle syczał. Chciał mojej mocy abym mu ją oddał, bo nie należy ona do mnie.
Hogur spojrzał na Carell, po czym zapytał:
- jakie, to było imię.
- coś na t, theg… , seg,
- Seath !
- dokładnie. Skąd wiedziałeś ?
- to skrót od Samuel Athon Thor zwany także Koollem.
- kim on jest ? osunąłem się z powodu bólu.
- porozmawiamy, kiedy wydobrzejesz.
Wyszedł, a ja znowu straciłem przytomność.
Kiedy znowu się obudziłem było już jasno. Nie chcąc tracić ani minuty dłużej szybko przeszedłem do swojej kwatery nad wodą. Założyłem nowe ubranie i udałem się to Hogura, który siedział zaczytany jakimiś książkami.
- obudziłeś się – zauważył
- kim on jest ?
- kto ?
- Seath. Kim on jest ?
Hogur uśmiechnął się, po czym wstał z miejsca.
- to tylko stare historie, które opowiadają o demonie, który pochłania energie.
- co masz na myśli
- legenda mówi, że Seath mając dość ciągłego pożerania czyjeś energii w końcu odnalazł sposób, aby zaspokoić się raz na zawsze. Odnalazł on bowiem dziecko, które posiadało niewyobrażalną moc i kiedy przyszedł po nie, na drodze stanęli mu jego rodzice. Ich miłość i poświęcenie wystarczyło, aby ochronić dziecko przed śmiercią, ale oni sami oddali największą tego cenę. Rozumiesz ? Wszyscy w naszym świecie sądzą, że to ty jesteś tym dzieckiem i że uwolnisz nas od Seatha. To ty jesteś tym wybrańcem.
- to dlaczego nie trafiłem tu szybciej ?
- czekaliśmy na odpowiedni moment, aby ci o tym powiedzieć.
- to dlaczego, po prostu nie mogę się z nim zmierzyć ?
- to nie jest takie proste. Widzisz według legendy twoja moc została ukryta i tylko ty możesz ją odnaleźć.
- ale jak ?
- za pomocą rubinowej mapy.
Zapadła chwilowa cisza.
- i teraz pewnie mi powiesz ze jej nie masz co ?
Pokiwał głową.
- wiec, gdzie ją znajdę ? – zapytałem spodziewając się natychmiastowej odpowiedzi.
- nie mam pojęcia. Tylko ty możesz, to wiedzieć.
- ale nie mamy czasu, muszę ją odnaleźć jak najszybciej, więc tu nie mogę zostać myślę ze to rozumiesz.
- i nie możesz także opuścić obozu zauważony. Jonathan pójdzie z tobą. – oznajmił, po czym podszedł do komody i wyciągnął z jednej z szuflad złożoną kartkę papieru. – to jest mapa naszego świata. Nie ma tutaj takich miast jak na Manhattanie. Podróż będzie bardziej niebezpieczna, a wrogowie silniejsi. Musicie być ostrożni. Wyruszysz pojutrze. Dziś wieczorem obchodzimy płomienie wspomnień. Wielką szkodą byłoby cie tam nie zobaczyć. – uśmiechnął się szeroko i powrócił na swoje miejsce przy biurku. – możesz już iść.
Przed wyjściem przypomniała mi się jeszcze jedna kwestia:
- czy James … ? – zacząłem, ale nie zdążyłem, bo James nie pozwolił mi dokończyć
- nie !! I nie liczyłbym na jego szybki powrót. Lepiej już idź Damonie. Czas nagli, a trening już czeka.
Wyszedłem bez pożegnania. Nie mogłem przestać myśleć o Jamesie. Czemu mnie zostawił. Wszystko zaczęło robić się takie pokręcone. Nagle pojawił się za mną Jonathan.
- i co gotowy na trening ?
- jasne już pędzę, aby popatrzeć na swoją porażkę.
- no weź, przecież masz mnie, jesteśmy kumplami, no nie !
- a potrafisz walczyć ? – spojrzałem na niego.
- pfff yyyhhyyymm no wiesz raz walnąłem…
- nie potrafisz – poklepałem go po ramieniu.
Po chwili doszły do nas okrzyki walki.
- chodź może, chociaż popatrzymy.
- potrafie walczyć. – po chwili wiary w siebie, dogonił mnie na wzgórzu. W dolinie obok rzeki stała grupa chłopaków. Wśród nich była też Carell. Walczyła na nich wszystkich.
- wow !!
- no tak. Ona jest niesamowita. Jest najlepsza i… No wiesz musiałbyś pokonać Kryspina co nie będzie zbyt proste, bo on walczy od dziecka, a ty …. – spojrzał na mnie jakby szukał przez to odpowiednich słów. – dopiero co tu trafiłeś. Jesteś pewien, że chcesz wyruszyć tak prędko ?
Nie spuszczająć wzroku z Carell, uśmiechnąłem się po, czy dodałem :
- OMG ty się boisz.
- wcale, że nie – jego niepewny ton upewnił mnie w przekonaniu, że jest odwrotnie.
- właśnie, że tak. Nie chcesz iść, bo boisz się, na co natrafimy. Jonathan, jeśli nie chcesz iść, to trudno.
- żartujesz. Uciekniemy z obozu, po drodze napotkamy laski. Ładne laski. Jak mógłbym coś takiego pominąć. Chodź pomogę ci zdobyć, to twoje trofeum. – przeniósł wzrok na Carell, po czym uśmiechnął się do mnie, a ja zrobiłem dokładnie to samo.
Patrząc na Carell widziałem przyszłość. Przyszłość, która mogła nadejść, ale nie do końca wiedziałem, kiedy. Miała długie ciemne pofalowane włosy brązowe oczy oraz pięknie ubarwioną karnacje. Średniego wzrostu, szczupła, ale silna. Z kolei jej charakter był nieco bardziej złożony. Była wrażliwa, chociaż na swój sposób, lojalna i szczera. Czasem aż do bólu, ale była sobą. Zawsze ! Właśnie chyba zdałem sobie sprawę, że się zakochałem. Zakochałem się w Carell, która w tym momencie stała się moim celem w życiu. Patrząc jak się śmieję sam nie mogłem się powstrzymać. Wszystko zaczęło być idealne. Ona, ja i … Kryspin z watahą. Właśnie kroczył w moją strone. Jonathan odwrócił się obok mnie tyłem.
- no, to już jesteśmy martwi
- wstałeś. Wow wszyscy w obozie myśleli, że poskładałeś się na dobre. Heh. Podziwiasz widoki ? Masz absolutną racje, Carr jest jak anioł, a może jak demon. Zależy od perspektyw. Tak czy siak – przybliżył się do mnie tak, że stał kilka centymetrów ode mnie. Mniej więcej był mojego wzrostu, może nieco niższy, ale patrzyliśmy sobie w oczy w prostej linii. – Zabawne co jesteś tutaj niecałe dwa dni, a już narobiłeś tyle zamieszania, a co najzabawniejsze, myślisz, że ktoś taki jak Carell wybierze ciebie i będziecie razem patrzeć na cudowny zachód słońca.- jego wataha zaczęła się śmiać, przez co walka Carell zatrzymała się. – wybacz nie doceniłem cie. Miałem cie za mądrzejszego.
- hmm cóż nie jest tak źle, ja miałem cie za przystojniejszego, ale jak widze brakowało mnie w obozie.
- rozbawiasz mnie. Mógłbyś być moim klaunem.
- mam już etat. A niestety randka z Carell nie może mnie ominąć, więc wybacz, ale, – chciałem przejść obok niego, ale zatrzymał mnie, po czym szepnął mi do ucha. – wciąż nie widzieliśmy jak walczysz świerzyno. – mój wzrok z powrotem skierował się ku jego oczom. – ohh przekonasz się. Na mojej liście jesteś jako pierwszy. – spokojnym krokiem przeszedłem obok niego, jego watahy oraz spojrzałem beztrosko na Carell, która była nieco oszołomiona tym co właśnie usłyszała i chyba pomyślała sobie, że do niej podejdę, ale jakby nigdy nic przeszedłem obok niej, a jej wzrok dalej odprowadził mnie aż do pierwszego zakrętu za drzewami. Po chwili dogonił mnie Jonathan
- stary, to było… coś. Ale wiesz, że teraz Kryspin ci nie odpuści. To będzie jak walka dwóch lwów o jedną samice.
- nie będzie! Carel nie jest zdobyczą. A jeżeli ktokolwiek ma ją mieć, to bedę ja – poczułem napływ pewności siebie, który jak się domyśliłem był jedną z oznak bycia smokiem.

Dragons Rozdział 3

Co chwile zerkałem na nią, na jej subtelne ruchy, które najwyraźniej mnie oczarowały. Była tak piękna, że wskoczył bym za nią w ogień.
Kiedy Jonathan poszedł po coś do picia usiadłem przy drzewie Byle troche dalej od tego zgiełku.
- zapytam ponownie… – zaczął James – pamiętasz, kiedy mówiłem o tych wyjątkach.
- tak, a co ?
- ona jest jednym z największych wyjątków.
- kim ona jest ?
- piękną dziewczyną za którą nie jeden stracił życie.
- nie o to mi chodzi.
- heh wiem. Ona jest … jest jedynym jeszcze wampirem chodzącym po tym świecie. Była przyjaciółka twojej matki.
- co ? Jak stara jest ?
Zaśmiał się ponownie, po czym zrobił łyk wina w kieliszku.
- na pewno starsza od ciebie. Urodziła się w 1100 roku.
- jest piękna! – podsumowałem.
- uważaj, nie tylko ty pragniesz tego co najlepsze. Jest tutaj wielu, na których nawet nie spojrzała, ale ty masz szczęście.
- niby dlaczego ?
- bo jesteś jedynym smokiem, a po drugie przyjaźniła się z twoja matka. Pełen bonus.
- witaj James – przywitał się Jonathan podając mi brązowozłoty napój.
- co to jest ?
- będzie ci smakowało. Atleci nazywają to nektarem.
Zrobiłem łyk po czy zwruciłem to przed siebie, na co obaj padli śmiechem.
- jest okropne. O matko co to jest za paskudztwo.
- przywykniesz. – Jonathan poklepał mnie po plecach i usiadł obok nas.
- nawet o niej nie myśl. Już ci to tłumaczyłem.Ty jesteś frajerem. Ona jest zajęta.
- przez kogo ? – ta wiadomość była dla mnie jak grom z jasnego nieba.
- przez niego. – wskazał na umięśnionego blondyna stojącego z półbogami.
Może i był wysoki, wysportowany ale spewnością nie był tak przystojny jak ja. Moja ciemna karnacja przebijała jego jasną na wskroś.
- Kryspin. Syn Aresa.
- jeśli tylko ją tkniesz zmiażdży cie.
- więc, kto już jest gorszy on, czy ona ?
- oboje, ty. – odparli jednogłośnie spoglądając po sobie.
- nie masz pojęcia czym ty dysponujesz.
- jestem silniejszy niż on
- a przemieniłeś już się ? – zapytał James znając dokładnie odpowiedź
- nie !
- więc nie jesteś. – szybko skończył temat.
Kiedy, to powiedział poczółem w sobie siłę więc wyrwałem się na równe nogi i wybuchłem :
- czemu ciągle mi powtarzacie, że jestem słaby. Okey może jeszcze jestem, ale bedę silny. Na pewno. I nie mam zamiaru czekać. Jeśli chce to będę to kontrolować. Nie ważne, czy za pierwszym, czy za tysięcznym razem. Moje ciało moje zasady.
- Damon wszystko w porządku. Panuj nad sobą inaczej stracisz kontrole. – James próbował przywrócić mnie do porządku.
- nie, to ty słuchać. Pojawiasz się w moim życiu, ponieważ świat, którego nie znam jest w niebezpieczeństwie. Pomyśl, choćby o mnie co jeśli oddam za to wszystko życie ? Co wtedy hyh ? Do tych cholernych urodzin wiodłem niezłe życie nie znając Mojego drugiego oblicza, ciebie oraz prawdziwych rodziców i było mi z tym dobrze, a teraz mam stawać na głowie, aby ratować twój tyłek.
- spokojnie. Damon, kontroluj to.
- co z tobą nie tak. O co ci chodzi ?
Jonathan i James zrobili krok w tył.
- czy myślisz o tym samym ? – Jonathan niepewnym głosem zapytał Jamesa.
- o co wam chodzi ?
- tylko spokojnie. Damon słuchaj mnie uważnie przemieniasz się! – odsunęli się jeszcze dalej.
Ta sytuacja nieco mnie przerosła, więc sam posunąłem się do tyłu chcąc uciec stamtąd jak najdalej. Wtedy jakiś chłopak został popchnięty wprost na mnie.
- ahhh zobaczcie świerzyna. Może pokaże nam co potrafi. – zaśmiał się. Nie miałem pojęcia, z kim rozmawiam, więc odwróciłem się do niego przodem.
- daj spokój Ramuss ! To nowy. – próbował go powstrzymać Kryspin, ale to tylko podniosło ciśnienie gapiów. Więc zaczęli ryczeć :
- nowy, nowy, nowy … !!
- stop ! – głos Jamesa był zbyt cichy, aby ich uspokoić.
Czułem jak moje ciało pali się od środka. Transformacja już się zaczęła.
- nie będę z tobą walczyć. – z trudem podniosłem się na nogi.
- za późno, już się podniosłeś. – oznajmił podchodząc do mnie. Nawet nie wiem, kiedy, znowu znalazłem się na ziemi. Głosy gapiów nie pozwalały mi na skoncentrowanie się choćby na moment. Ramuss podniósł mnie jedną ręką tylko po to, aby oddać kolejny cios, po którym znowu znalazłem się na czworaka. Przemiana była coraz bardziej bolesna. Moja skóra zaczęła się powoli zmieniać w gruby pancerz, którego nie przebiłby nawet ostry miecz. Kiedy poczułem jeszcze bardziej narastający ból, zacząłem pluć krwią.
- no weź aż tak mocno jeszcze cie nie walnąłem. – Zaśmiał się, co zresztą po chwili zrobili także inni.
Zamknąłem oczy, a kiedy je znowu otworzyłem poczułem się … silniejszy i szybszy. Mój instynkt próbował zapanować nad umysłem, ale broniłem się. Potem było coraz gorzej. W ziemie wbiłem ostre jak brzytwa pazury, które rosły i robiły się coraz większe. Dzięki szybszemu refleksowi uniknąłem zaskoczenia z tyłu i przesunąłem się szybko w prawo zostawiając za sobą tylko ślady szponów w ziemi. Poderwałem się unikając w ten sposób kolejnego natarcia z jego strony, po czym pozostawiłem na jego skórze szkarłatne ślady pazurów. I nagle znowu ląduje na czworakach. Krzyk, który z siebie wydałem niczym nie przypominał ludzkiego. Kiedy uniosłem głowę czułem, że moje oczy są rubinowo czerwone. Podniosłem się bez problemu i uświadomiłem sobie, że ból przemienił się już w coś w rodzaju ekstazy. Sprawiał mi przyjemność, a wszelkie rany zniknęły bez najmniejszego śladu.
- Damon kontroluj to !! – krzyknął James – Ramuss uciekaj z stamtąd. To smok!
Chłopak zrobił jak mu nakazał. Po czym mężczyzna podszedł bliżej mnie. – spokojnie. Używaj umysłu. Nie pozwól, aby instynkt zapanował nad twoim umysłem, słyszysz mnie ? Damon ! Został ci ostatni etap, możesz to kontrolować.
Kiedy znowu uniosłem wzrok moje gałki oczne były całkowicie czarne
- ooołooooł – James uświadomił sobie, że właśnie zakończyła się ostatnia faza przemiany. – uciekajcie już!!! Wszyscy się rozproszyli. Ostatnią rzeczą jaką pamiętam to to, że zamknąłem oczy i otworzyłem je ponownie widząc wszystko tysiąc razy lepiej niż poprzednio. Podążałem za każdym ruchem ludzkim przede mną.
Kiedy leżałem gdzieś bezwładnie poczułem zapach spalenizny oraz odgłosy iskrzącego ognia. Zatrzepotałem oczami. Były ciężkie jakbym otwierał je po raz pierwszy od kilku dni. Leżałem przed kamiennym łukiem totalnie nagi. Kiedy się podniosłem zobaczyłem ślady spustoszenia. Domy na szczęście wyglądały na nietknięte. Małe źródła ognia musiały być przyczyną albo ziania ogniem albo kontrataku z ich strony. Kilka drzew dalej się palił Wstałem na nogi krocząc przed siebie do obozu. Wszyscy zachowywali się jakby nic sie nie stało robiąc swoje zadania. Ćwiczenia, sprzątanie, przygotowywanie jedzenia. Po drodze napotkałem kilka dziewczyn, które najwyraźniej były nieco zażenowane moim skompym ubiorem. W oddali zobaczyłem Jonathana biegnącego w moją strone.
- stary jesteś niesamowity, ohhh no weź się przykryj, bo odczuwam kompleksy. – podał mi jakiś materiał, którym się okryłem.
- więc co się stało ?
- Przemieniłeś się. Wszyscy byli przerażeni. Jame o mało nie oszlał. Myślałem, że Ramuss się posika ze strachu.
- zrobił to ?
- nie – odparł rozczarowany.
- ktoś zginął ?
- nie ! – zza pleców usłyszałem głos Jamesa. Nie chciałem się nawet odwracać. Jego głos dał mi już do zrozumienia, że nie jest zadowolony z tego co zrobiłem. – dlaczego mnie nie słuchałeś ?
- słuchałem, ale to nie jest takie proste. Próbowałem z tym walczyć, ale nie mogłem – kłamałem jak z nut. Od razu poddałem się nie próbując nawet walczyć.
- kłamiesz. Mogłeś to powstrzymać. Na szczęście bariera zadziałała.
- co ?
- kiedy twoje zmysły były nastawione przeciw nam bariera uznała cię za demona i nie pozwoliła ci przejść, więc… – nie dokończył
- więc co ?
- zacząłeś ziać ogniem. To było genialne – Jonathan z powodu tak wielkiego upływu szczęścia chwycił się aż za głowę.
- nie nie było. Dwoje atletów leży w szpitalu z poparzeniami. Mogło być gorzej. Od dziś zaczynasz trening.
- jaki trening ?
- nie potrafisz kontrolować swojego ciała, więc zmusimy cie do tego zmusić. – oznajmił odchodząc.
Odprowadziliśmy go wzrokiem
- miałem skrzydła ?
- ogromne.
- dobrze. Na drugiej lekcji zaczne latać. -odprowadził mnie aż do domu.
- zostawie cie, zobaczymy sie na śniadaniu.
- jasne.
Kiedy odszedł postanowiłem trochę poćwiczyć, po czym zauważyłem pomost. Ściągnąłem spodnie i wskoczyłem do wody. Chwila pływania zawsze sprawiała mi przyjemność. Czułem się w wodzie jak w łóżku. Po upływie dwóch kwadransów zauważyłem, że wszyscy na brzegu zmierzaja do jednego budynku. Wskoczyłem na pomost i założyłem na siebie granatowy bezrękawnik. Jonathan już czekał.
- na co czekasz stary. Zajmą nam wszystkie miejsca.
- przecież idę.
Kiedy tylko pojawiłem się w wejściu każdy zwrócił na mnie uwagę. Jedni patrzyli na mnie z podziwem inni z pogardą, a jeszcze inni z rozczarowaniem, jakby spodziewali się bohatera, który nigdy nie istniał, a dostali… mnie. Jonathan czując niezręczność sytuacji zaprowadził mnie do swojego stołu, siedzące tam dziewczyny szybko się przesiadły.
- więc z dziewczyn nici. – zażartowałem, jakby miało to jakieś znaczenie.
- stary przejdzie im. A oto i moja luba – spojrzał na stolik opodal. Siedziały przy nim dwie dziewczyny. Sonja i Carrell. Obie patrzyły na nas.
- dlaczego ona nic nie je ? Racja nie mów, to dlatego jest taka chuda.
- ona jest wampirem, a z racji tego, że jest wampirem nic nie je, bo wampiry nie jedzą takiej żywności tylko piją krew. – zabrał się za jedzenie udka. – czemu nic nie jesz ? – zapytał.
- straciłem apetyt. – probowałem rozgryźć tę dziewczynę, ale za każdym razem, kiedy sądziłem ze mi się udało, ona rozwiewała moje myśli niczym dym.
- to, kiedy chcesz zacząć trening ?
- może dzisiaj, kiedy James wyjedzie.
- już to zrobił
- co ? Kiedy ?
- kiedy uroczo pływałeś w sadzawce. – odparł opróżniając cały kieliszek.
- to ammm super. Więc zacznę jutro.
- daj spokój Hogur ci na to nie pozwoli czasem jest nawet gorszy od Jamesa.
Spojrzałem na Carrell. Daje słowo, że zobaczyłem na jej twarzy uśmieszek. Wtedy poczułem dziwne pieczenie. Niezdarnie podniosłem się przewracając przy tym szklany kubek
- znowu się przemieniasz – podsumował Jonathan odsuwając się ode mnie przytrzymałem go.
- to coś innego. – osunąłem się na ziemie nie mogąc złapać tchu. Potem nastała jasność , którą po chwili przyćmiła ciemność

Dragons Rozdział 2

James zabrał mnie na obrzeza miasta. Aż pod same wrota przerażającego lasu. Nawet w naszym świecie starano się do niego nie wchodzić. Niektórzy mówili że drzewa wydają okrzyki ludzkie.
- dlaczego tu przyjechaliśmy ?
- tutaj bedziesz bezpieczny. Zabiore cie do obozu.
- obozu takiego jak w Polsce ?
- nie. Tutaj bedziesz sie szkolił
- do czego ?
- do wojny. Najwiekszej i ostatecznej. Tak sądzę. – spojrzał przed siebie, po czym dodał
- dobra chodź, idziemy. Musimy dojść do obozu za, nim się ściemni. Las nocą jest rzeczywiście niebezpieczny.
Szliśmy bez ustanku. Byłem totalnie wykończony. W myślach widziałem Jenne. Przypuszczałem co właśnie robi.
- żyje tu wiele istot magicznych, ale są też takie, które tylko żywią się czyjąś magią, więc musisz być ostrożny.
- okey, ale ty i tak będziesz blisko.
- jutro muszę wyruszyć.
- do kąd?
- znaleźć coś.
- ale szybko wrócisz tak ?
Przemilczał pytanie.
Przeszliśmy już chyba kilometr, kiedy na drodze ukazała się pierwsza pochodnia
- już prawie jesteśmy.
Niebo było już ciemne pokryte setkami gwiazd. Dosłownie w myślach słyszałem melodie z Harrego Pottera. To the witches house we go. Od czasu, kiedy ją pierwszy raz słyszałem zaczęła mnie przyprawiać o dreszcze, zwłaszcza w sytuacjach takich jak ta.
Kilka kroków dalej pokazała się kolejna pochodnia. Potem następna aż utworzyły drogę. Obóz znajdował się nad jeziorem, który w oddali uchodził do morza. Wszystkie domki zbudowane zostały z drewna, w zasadzie to z kilku belek, a resztę pokrywała jasna tkanina. Kiedy przechodziliśmy przez sam środek tej kolonii wszyscy patrzyli na nas jak na wariatów. James zaprowadził mnie do głównego budynku. Znajdowało się w nim coś na podobiznę biura. Brodaty mężczyzna siedzący za biurkiem widząc nasze przybycie niezwłocznie wstał z miejsca i przywitał nad szczerym uśmiechem.
- James ! – przytulił go. – kope lat. Kogo przyprowadziłeś nam tym razem ? – spojrzał na mnie.
- to jest Damon. Syn Nathaniela i Isobell. Ostatni ze smoków.
- nie mogę uwierzyć ze w końcu cie poznałem. To zaszczyt.
- Damon, to jest Hogur. No cóż jak zauważyłeś jest…
- faunem ? – dodałem patrząc na jego owłosione kopyta.
- w istocie. I nie byłbym na twoim miejscu taki zdziwiony. To nie ja tu nosze pancerz.
- ja nie nosze … – spojrzałem na Jamesa. – nie nosze pancerza prawda ?
- jesteś smokiem.
- o w mordę. Jak mogę się zmieniać ? – byłem podekscytowany.
- wpierw musisz nauczyć się to kontrolować. – wtrącił Hogur.
- jasne, to proste.
- nie byłbym tego taki pewny.
- przecież nie jestem jedynym smokiem, którego tutaj macie.
Zapadła niezręczna ciszą którą przerwał James.
- Damonie jesteś ostatnim znanym smokiem.
Po deszłem gwałtwonie do okna rozsuwając zasłonkę.
- to kim oni są ?
- za zwyczaj czarownice, wilkołaki, fauny, półbogowie, mamy także wampiry no i teraz ciebie. – uśmiechnął się Hogur, na co James skarcił go wzrokiem.
- jesteś silny. – dotknął mojego ramienia, po czym dodał : – teraz chodź musisz odpocząć.
Wyszliśmy spokojnie krocząc przed siebie. Nie dziwiło mnie już zachowanie ludzi, których mijaliśmy po drodze. James zaprowadził mnie w nieco odizolowane miejsce.
- no i jesteśmy – wskazał na niski, parterowy domek z oknami na morze. Głównymi segmentami tego budynku były grube, mocne pale, a zamiast wypełnienia ścian użyto białego materiału, który pozwalał na nieco prywatności. Zamiast nowoczesnego oświetlenia zamontowano żyrandole oraz świece, które wcześniej ktoś zapalił. W miejscu, gdzie powinny stać frontowe drzwi wstawiono coś w rodzaju drewnianej furtki. Zapach, który mnie otoczył był mi tak bliski że sądzeiłem że znam go od zawsze ale nie wiedziałem z kąd ?
Wnętrze wyglądało jakby ktoś, ledwo z niego wyszedł. W jednym z pokoi leżało łóżko, a raczej coś, co miało je przypominać. Materac ze zdobionym zagłówkiem.
- tutaj mieszkali …
- moi rodzice ? Tak na pewno. – dokończyłem rozglądając się po całym wnętrzu stała też tam mała fontanna, szezlong oraz stos dzienników.
- tak! Zbudowali, to miejsce tuż przed twoimi narodzinami. Kiedy zginęli postanowiliśmy niedaleko zbudować obóz. Broni go niewidzialna bariera. Żadne monstrum tutaj nie wejdzie.
- taa – zaśmiałem się.
- zostawię cie teraz samego. Spotkamy się, kiedy zajdzie słońce. W obozie szykują ucztę. Będzie zabawa, poznasz rówieśników. Więc ja … – wychodząc przypomniał sobie o czymś. – a tak przy okazji. – Rzucił mi małe pudełko. – jeszcze raz wszystkiego najlepszego Damonie. Synu smoków.
- dzięki.
Rozpakowałem go, dopiero kiedy wyszedł. W pudełku znajdowała się bransoletka z podobizną smoka. Na jej odwrocie wygrawerowano „ Damonowi, kochający mama i tata”. Więc bransoletka miała być prezentem od rodziców. Kiedy spojrzałem przed siebie zobaczyłem zdjęcie. Rodziców i moje. Trzymali małe dziecko, które miało na szyi takiego samego smoka. Byli tacy dumni i szczęśliwi. Chciałbym ich poznać. Spędzić chodź jeden dzień z osobami, których twarze wydają mi się obce. Bez zastanowienia ściągnąłem koszulkę i położyłem się na łóżku wpatrując się w sufit. Po chwili zaczął się rozmywać pozwalając mi na piękny widok gwiazd oraz podziwiania niemożliwie jasnej pełni. Wszystko co wydarzyło się w ciągu ostatniego dniabyło niczym niespełnione marzenia. Zamknąłem oczy próbując nie zbudzić się z tego magicznego snu. Zapach, który mnie tutaj doprowadził dalej unosił się w moich nozdrzach. W głębi serca pragnąłem, aby nigdy z stamtąd nie zniknął. To jedyne, dzięki czemu w końcu poczułem się jakbym był w domu. Początek mojej podróży do powrotu w przeszłość. Nagle znalazłem się w miejscu podobnym do królewskich ogrodów. Przed bukszpanowym labiryntem na ławeczce siedziała młoda kobieta ubrana w długą brzoskwiniową suknie, która idealnie podkreślała jej brązowe włosy. Kiedy zorientowała się ze ktoś za nią stoi energicznie podniosła się z miejsca. Kiedy spojrzała na mnie chciałem wymówić jej imię, ale usłyszałem krzyki, które zerwały mnie na równe nogi. Sufit znowu był taki jak na początku . Drewniany. Po chwili ciszy znowu usłyszalem okrzyki. Podniosłem się i założyłem czarną koszulkę bez rękawów, która niesamowicie podkreśliła moje mięśnie. W rogu stało lustro. Przejrzałem się, po czym przeczesałem ręką włosy i wyszłem. Na plaży zaczepił mnie jakiś chłopak.
- no hey. Ty jesteś ten Damon racja ? Miło cie poznać jestem Jonathan. James powiedział mi, że mam się tobą tu zaopiekować i trzymać z dala od bójek co raczej jest tutaj wręcz niemożliwe, ale tak, czysiak trzymaj się mnie, a nic ci nie będzie.
Zapadła chwilowa cisza.
- więc jesteś smokiem. Super pokażesz jak się przemieniasz ?
- jeszcze tego nie robiłem i nie mam pojęcia jak tego dokonać.
- ale coś wymyślisz racja ? Zwłaszcza w sytuacji takiej jak ta. No wiesz potrzebujemy takich jak ty. Jesteś naszą nadzieją i dumą.
- tak już to gdzieś słyszałem. – chciałem na tym zakończyć naszą rozmowę, ale buzia mu się nie zamykała.
- wiesz dziś jest rocznica twoich rodziców, wiec wszyscy świętują. Przygotowywali się to tego dnia cały tydzień. Przybliżając się doogniska muzyka była coraz głośniejsza. Nagle przebiegło koło nas paru umięśnionych chłopaków.
- to jest wataha Simona. Lepiej na nich uważaj, kiedy nie jesteś w przemianie. Są silni i czesto szukają zaczepek. Trochę dalejgrupa strzelała z łuków oraz rzucał włóczniami w ruchome cele.
- to są nasi półbogowie. Mówimy na nich atleci.
- czyli są dziećmi ludzi i bogów ?
- tak, właśnie to powiedziałem. A to są nasze przepiękne czarownice. Wierz mi nie chcesz zajść, im za skóra zresztą tamtymczarownikom też. – wskazał na 5 chłopaków pod drzewami, którzy próbowali unosić przedmioty. Przy ognisku siedziało jeszczewięcej osób. Jedna wyróżniała się szczególnie. Próbowała mówić każdemu czym ma się zająć. Jednym kazała iść po więcejdrewna innym przynieść jedzenie. Kiedy odwróciła się do nas przodem Jonathan westchnął. Była naprawdę ładna. Jej długie błądwłosy przyprawiły nie jednego chłopaka o zawroty głowy. Posiadała także zielone oczy co było naprawdę seksowne u blondynek.
- kim ona jest ?
- to jest Sonja Lefej. Moja miłość od kiedy się tu dostałem.
- a kiedy się dostałeś ?
- 5 lat temu. -odparł bez zastanowienia.
- więc czemu ona dalej stoi tam sama, a ty jesteś tutaj ?
- to nie jest takie łatwe. Spójrz na mnie, ona nigdy nie zwróci uwagi na kogoś takiego jak ja.
Zrobiłem jak powiedział. Przyjrzałem mu się. Jego skora była ciemna, prawie czarna, ale mimo to wydawał mi się przystojny, mimo to że wcale nie byłem gejem.
- jesteś … – nie wiedziałem co powiedzieć. – czarny.
- ciemny – poprawił mnie. – mam, po prostu bardziej opaloną skórę.
- stary jesteś czarny. Spodobasz się jej. Widzisz tu drugiego takiego jak ty ? Wyglądasz normalnie nie jesteś faunem ani satyrem, więc będzie okey.
- nie wiem czy miało mnie to obrazić, czy nie. Damon skup się jestem zmiennokształtnym. Moge zamieniać się dowolne zwierzę lub osobę.
- fajnie. To czemu nie zamienisz się w Sonje ?
- nie mógłbym. Ona jest jedyna w takim rodzaju. Wiesz o co mi chodzi?
- jasne, jasne. Więc może zmień się w jakiegoś palanta i ją poderwij.
- nie jestem dupkiem ! Chce aby poznała mnie takiego jakim jestem. – po chwili zrozumiał znaczenie swoich słów i spojrzał na mnie. – chodzi mi o to, że nie jestem jeszcze gotowy.
- przyznaj, jesteś mięczakiem. – Zaśmiałem się i wtedy z zachodu lekko zawiało. Spojrzałem w horyzont drzew, kiedy gałezie się poruszyły i na ziemie zeskoczyładziewczyna. Gdy znalazła się bliżej ogniska, zobaczyłem ją lepiej. Była jeszcze piękniejsza od Sonji. Miała długie brązowe włosyoraz ciemno brązowe oczy. Kiedy nasz wzrok się spotkał, na jej twarzy pojawił się szelmowski uśmieszek.
- a to, kto ? – zapytałem
- łoho heh, to jest mój drogi Carell Perrell. Jedyna osoba w obozie, która nawet na ciebie nie zwróci uwagi.
- dlaczego ?
- bo, jeśli zrobisz w jej strone choćby krok, zginiesz !!

Dragons Rozdział 1

Rozdział 1

Kiedy rankiem otworzyłem oczy, nade mną stała dobrze znana mi kobieta, jej mąż i mały blondyneczek.
- wszystkiego najlepszego skarbie – powiedziała troskliwym głosem trzymając w rękach tort.
- sto lat. Sto lat. – podśpiewywał mały chłopiec.
- jej dzięki. Nie musieliście.
- owszem musieliśmy. Wstań, na dole czeka śniadanie. – oznajmiła wychodząc, a za nią udała się pozostała dwójka.
Kiedy tylko wyszli przeczesałem ręką włosy, podniosłem się, rozejrzałem po pokoju i udałem się do łazienki. Przemyłem policzki,zdjąłem przepoconą koszulkę i spojrzałem do lustra. W odbiciu zobaczyłem siebie. Siedemnastolatka z czarnymi włosami. Ichkońcówki mieniły się czerwienią. Dziewczyny uważały, że jestem nieziemsko przystojny, odważny i inteligentny. W szkole znał mnieprawie każdy, każda uczennica odwracała się, aby spojrzeć na moje umięśnione ciało. Na moim lewym barku widniał tatuaż. Smok.Nie był to zwykły tatuaż, miałem go od urodzenia i nikt nie wiedział skąd się wziął. Kiedy byłem gotowy, zszedłem na dół. Wpowietrzu unosił się zapach syropu klonowego i naleśników. Mama krzątała się po kuchni, ojciec wyszedł do pracy, a pięciolateksiedział przed wyspą i wcinał pyszności.
- zostaw, to dla brata.
Co jakiś czas upominała go.
- muszę już iść. – oznajmiłem chwytając za torbę.
- poczekaj … . Poczekaj. Dziś masz wolne, przecież to twój wielki dzień. Siedemnastka. Tylko raz przeżywa się coś takszczególnego.
- czy ty właśnie … przed chwilą pozwoliłaś mi zostać w domu ?
Kiwnęła głową na zgodę.
- pojedziemy do centrum, kupimy ci coś fajnego. Co tylko zechcesz
- dla mnie spoko – odpowiedziałem biorąc do ust ostatni kęs. Z domu wyjechaliśmy przed 12. Od samego początku miałemwrażenie, że ktoś nas śledzi. Miałem słuszność. Na przeciw sklepu, w którym kupowaliśmy stał mężczyzna. Od dłuższego czasuprzyglądał nam się.
- mamo. Ten facet chyba się na nas gapi.
- com Gdzie ? – zaczęła się rozglądać z uśmieszkiem, jakby to miał być jakiś żart. Jednak, kiedy go dostrzegła twarz jej pobladła.Uśmiech przemienił się w panikę.
- dobra weź to Damon i idź do kasy. – oznajmiła chwytając wszystkie rzeczy, które trzymała w ręku. Ciągle nie odwracała wzroku odtego mężczyzny. Wyglądał na 30, ciemne włosy, lekki zarost. Kiedy wyszliśmy ze sklepu, już go nie było. Mamie spadł kamień zserca.
- chodźmy jeszcze do supermarketu. – wtrąciła mama spokojniejszym tonem. Kupiła potrzebne produkty i w ciągu godzinywróciliśmy do domu. Kiedy Jenna wyciągnęła rękę, aby przekręcić klamkę, drzwi otworzył ojciec.
- dobrze, że jesteście, mamy gościa. – oznajmił niezbyt szczęśliwym głosem. W salonie siedział ten sam mężczyzna, któryprzyglądał nam się w centrum. Jenne zamurowało.
- witaj Jenno – przywitał się wstając i podając jej rękę.
- James co ty tutaj robisz ? – zapytała
- daj spokój oboje dobrze wiemy w jakim celu przybyłem.
- o co tutaj chodzi ? – wtrąciłem przechodząc z kuchni do salonu.
- Damon jakże ty wyrosłeś. No pokaż się chłopie. Wszystkiego najlepszego. – oznajmił tuląc mnie.
- taa dzięki. Mamo kim on jest ? – zapytałem zdziwiony.
- mamo ? – powtórzył James – Jenna, o co tu chodzi ? – dodał
- mamo ?
- powiedziałaś mu, że jesteś jego matką. Postradałaś zmysły. Nie zasługujesz na, to by nią być.
- ej nie mów tak do niej – wytknąłem go palcem.
- a co miałam mu powiedzieć ? Albo może czekać na ciebie ?
- prawdę ! Jesteś, to winna siostrze. Chłopak powinien wiedzieć kim jest i, że jego rodzice nie byli ludźmi
- Nie byli ludźmi ? to kim ?
- Damonie taka jest prawda. Nie przez przypadek masz takie imię i nie przez przypadek masz tatuaż na ramieniu. Jesteśnaznaczony jak twoja matka i jak twój ojciec.
- z skąd wiesz o tatuażu ?
Coraz bardziej nie rozumiałem sytuacji, w której biorę udział. Nie byłem już pewien, kto kłamie. Jenna, czy tajemniczy mężczyzna.
- czemu nie powiedzieliście prawdy ? – skierowałem wzrok na matkę.
- co chciałeś wiedzieć ze moja siostra była dziwolągiem. Zresztą wiedziałam, że, jeżeli poznasz prawdę będziesz taki sam.
- pozwoliłaś mi pokochać cie jak matkę. – podniosłem głos.
Nagle wszystko zaczęło się układać w całość.
- on z tobą nie pojedzie. – wtrącił Matt.
- bo co ? Ty go zatrzymasz. Daruj sobie.
- on zostaje ze mną – krzyknęła Jenna chcąc pokazać jaka jest ważna.
- twoje zdanie na mój temat nie ma już żadnego znaczenia
- mylisz się chłopcze. Będziesz mnie słuchał!
James podszedł do niej tak blisko, że ich głowy prawie się stykały.
- zawsze stawiam na swoim. Nie zapominaj o tym. – Spojrzał na mnie i dał mi do zrozumienia abym poszedł po rzeczy.Spakowałem tylko te, które dzisiaj kupiłem i zszedłem. Jenna zatamowała przejście.
- on zostaje tutaj ze mną i żaden z was nie ma nic do gadania – wydała rozkaz, jednak nikt się tym nie przejął.
- ESTEMPO DARAGOMIS DIASA – wypowiedział James i w tym samym momencie wszystko prócz nas, zatrzymało się. Ciociastała w bezruchu, zegar przestał tykać ludzie na drodze stali w miejscu.
- chodź
- ale super też tak potrafie ?
- ty potrafisz znacznie więcej
Kiedy weszliśmy do jego samochodu pstryknął palcami i czas znowu biegł.
- Czad. A kim ty tak w ogóle jesteś ? – zapytałem.
- bratem twojego prawdziwego ojca. Nathaniela.
- a matka ?
- co Isobell? Była najpiękniejszą kobietą i istotą w świecie magicznym. No może zajmowała drugie miejsce.
- Isobell i Natchaniel – powtórzyłem jakby dalej nie dochodziło to do mnie.
Wtedy w samochodzie nastała cisza. Nikt nie odzywał się aż do czasu, kiedy James przejechał most.
- skoro według ciebie moi starzy byli … No wiesz ,,smokami” ja też jestem ?
- no jasne i to jednym z najlepszych. Potrzebujesz tylko podszkolenia.
- czy ja też potrafie … To … No wiesz czary. Potrafie czarować ?
- nie. Nie wiem. Może.
- ty też jesteś smokiem ? – zapytałem z zaciekawieniem.
- nie. Nasza matka była czarownicą, a ojciec smokiem. Według tradycji pierworodny otrzymuje cenniejszy dar.
- czyli ojciec jest smokiem, a ty jesteś czarodziejem.
- tak.
- czy Damon, to moje prawdziwe imię.
- jedyne w obu światach
- w obu, czyli istnieje jakiś inny.
- gdyby tylko jeden – prychnął James.
- mam rodzeństwo ?
- z tego co wiem twoja matka spodziewała się kolejnego.
- co się z nimi stało ?
- pokonał ich.
Zrozumiałem, że Jamesowi wspominanie sprawia ogromny ból, wiec rozmawiać o rodzicach. Narazie
- więc dokąd jedziemy ?
- tam, gdzie twoja kochana ciocia nas nie znajdzie.
- czy ona też ma dar ?
James wyśmiał mnie, a potem spojrzał na mnie dziwnie, co w zupełności wystarczyło mi jako odpowiedź.
- czekaj co my tutaj robimy ? Przecież, to jest … – niedokończyłem, ponieważ zrozumiałem, że znaleźliśmy się wnajniebezpieczniejszej dzielnicy Nowego Jorku.
- tylko tutaj znajduje się portal do drugiego świata. Chodź – wyszliśmy z samochodu.
Na ulicy było tak głośno, że każdy, kto chciał się porozumieć musiał krzyczeć.
- Wejdziemy do tego sklepu – gestem ręki wskazał antykwariat na rogu.
Po chwili byliśmy już w środku.
Pomieszczenie było duże, ściany beżowe i popękane. Uroku dodawał, im kurz i pajęczyny w rogach. Książki leżały dosłowniewszędzie. Wokół pokoju znajdował się drewniany balkon, kilka drzwi oraz mnóstwo regałów pękających w szwach pod wpływemksiążek, których i tak nikt nie kupował. Niedaleko nas stały dwie kobiety. Przyglądały się nam i po cichutku coś do siebiemówiły.Były już w bardzo podeszłym wieku. Jednak lustro wiszące za nimi wskazywało na to, że stoją tam dwie młode dziewczyny.Przy kasie stał jakiś starzec.
- witaj James. Co cię tu sprowadza po tak długim czasie ?
- to, co zwykle. Przygody
- a kim jest ten młodzieniec ?
- to Damon. Mój bratanek
- ten Damon ? Syn Natchaniela i Isobell ?
- w rzeczy samej.
Kobiety ucichły.
- zaszczyt, to cie poznać – powiedziała jedna z nich i pokłoniła się nisko.
- Ja…męska – brakło mi słów.
- Mark zaprowadź nas do zwierciadła
- już. Za mną proszę.
Weszliśmy po schodach na górę, potem szliśmy do końca korytarza i znaleźliśmy się w osobistej bibliotece Marka. Mężczyznadotknął jednej z książek.
- myślałem, że się już nie zobaczymy.
- dlaczego ?
- James. Czasy się zmieniły coraz mniej istot przechodzi przez portale. Starzejemy się. Za portalem nie czeka nas nic próczśmierci.
- nie, jeśli coś z tym zrobimy.
Mark uśmiechnął się, po czym wyciągnął książkę, a regały zaczęły się przesuwać.
Za nimi znajdował się okrągły pokój. Wokół spływała woda, a w środku, na podniesieniu stało lustro. Nie, byle jakie. Jego rama byłakamienna, ozdabiało ją 12 dziwnych symboli. W jego wnętrzu znajdowała się woda. Dryfowała w nim jak fala.
- ufasz mi ? – zapytał James .
- chyba nie mam wyjścia.
Po chwili James wbiegł wprost we wnętrze zwierciadła.
Dotknął lustra i po chwili znaleźliśmy się po jego drugiej stronie. James zdążył się zatrzymać, niestety ja poleciałem wprost naregały, niszcząc je.
- nic ci nie jest ? – zapytał pomagając mi wstać
- nie w porządku – odpowiedziałem otrzepując się. – gdzie jesteśmy ?
- W tym innym świecie.
Na zewnątrz wszystko wyglądało jak londyńskie miasteczko.
- ci ludzie w księgarni. Z skąd mnie znali. ?
- nie teraz. Musimy kogoś znaleźć
- kogo ?
- Sonje Lefej, Jonathan Greys i… – przerwał – pamiętasz jak mówiłem o najpiękniejszej istocie?
- tak
-to jest ta trzecia osoba. Potrzebujemy Carell Perrell.